List otwarty do edukatorów o naprawdę ważnej rzeczy

List otwarty do edukatorów

Drodzy Nauczyciele. Drodzy Wykładowcy. Drodzy Przyszli Wychowawcy, Trenerzy, Profesorzy, Facylitatorzy. I wszyscy, którzy będziecie pracować z grupami albo pełnić jakąkolwiek rolę w edukacji. Chciałbym, żebyście krótko posłuchali opowieści o młodym malarzu.

Młody, aspirujący malarz postanowił wybrać się na kurs, żeby podszkolić swoje umiejętności. Wybrał specjalnie jedną z lepszych szkół i zapłacił naprawdę grube pieniądze. Przychodzi na pierwsze zajęcia. Po krótkim wprowadzeniu (kilka slajdów o tym o definicji i podziale malarstwa, po czym kilka słów o Da Vincim) on i dziesięciu innych, aspirujących malarzy (bez żadnych zdolności technicznych ani doświadczenia) dostają zadanie. Instruktor wyświetla im na slajdzie Mona Lisę i mówi: namalujcie mi ją dzisiaj podczas zajęć, tylko niech będzie w miarę podobnie.

Uczniowie w popłochu. Pierwsza reakcja: jak mamy to namalować? „Przecież jeszcze nic nie umiemy, a przed sobą mamy arcydzieło. Mieliśmy nauczyć się techniki i wiedzieć, jak malować podobne”. Nauczyciel jest niewzruszony. Mówi: „Przecież przekazałem wam podstawy. Macie całe zajęcia. Jeśli jest wam jednak trudno, podzielcie się na grupy i namalujcie Mona Lisę razem, a grupy niech będą trzyosobowe”.

Uczniowie podzielili się (losowo, bo nie wiedzieli, jak to zrobić inaczej) i zaczęli grupową pracę. Jak wiadomo, poza amatorskimi bohomazami jak z epoki kamienia łupanego niewiele więcej udało im się zdziałać. Oddali więc pracę niezadowolonemu nauczycielowi i poszli do domu.

Na każdych zajęciach sytuacja była podobna. Czasami grupy były pięcioosobowe, czasami dwu, a uczniowie dostawali kolejne obrazy do namalowania. Po pewnym okresie porażek uznali, że wybiorą lidera, żeby powiedział im, jak rysować. Jednak skończyło się tak, że to lider próbował malować, a reszta przeglądała obrazy w katalogach. Czasami próbowali przegłosowywać metody malowania coraz to nowych obrazów – ale przecież nie potrafili rysować, a jedyna metoda głosowania, jaką znali, sprawiała, że pozostała część grupy była niezadowolona. Nauczyciel niezbyt się przejmował – miał czas pójść do kuchenki, wypić kawę i przeczytać zawsze świeży Przegląd Artystyczny.

Nie mogli zrezygnować z tego kursu, więc co tydzień powtarzali to szaleństwo, po drodze przestając się starać. Czasami dostawali za swoje prace grupowe trójki, czasami szóstki, ale nikt nie wiedział za bardzo, z czego to wynikało. Wyszli z kursu bez żadnej umiejętności malowania, za to z wielkim doświadczeniem w bezsensownym bohomazach.

Teza? Prace grupowe w szkołach to czyste szaleństwo

A teraz zwróć proszę uwagę na to, jak wyglądają prace grupowe w szkołach. Zaczynają się nierzadko już w podstawówce, a ich model zostaje praktycznie niezmieniony do czasu zakończenia studiów, a czasami – o ironio! – również w życiu profesjonalnym.

Dyrektorzy szkół i rektorzy wpadają na pomysł albo dostają wskazówkę od Ministerstwa Edukacji: musimy dbać o kształtowanie kompetencji pracy w grupie. Mówią więc nauczycielom: więcej projektów i prac grupowych, więcej prezentacji. Przyszłość przecież to współpraca! Moc jest w kooperacji!

Nauczyciele więc przychodzą do klasy, rozdają prace (które początkowo były przeznaczone tylko dla jednej osoby) i mówią: podzielcie się w grupy i odpowiedzcie na pytania. Nikt nie mówi: jak efektywnie podzielić się w grupy. Nikt nie wspomina o tym, że czasami potrzebne są zróżnicowane kompetencje, a grupy w prawdziwym życiu tworzy się po to, żeby je uzupełniać.

Idźmy dalej: faza wykonawcza. Nikt za bardzo nie uczy dzieci ani studentów tego, jak skutecznie podejmować decyzje w grupie. Wiedzą tylko, że jest model lidera i model głosowania, jednak nawet na to zazwyczaj są zbyt leniwi i wolą adhockrację - wymyślmy coś na bieżąco i będzie OK. Nie chce im się kłócić ani wymyślać koła od nowa. Co z tego, że jest tyle fantastycznych metod generowania nowych pomysłów, podejmowania decyzji w dużych grupach i efektywnego podziału pracy (nie, to nie tylko burza mózgów i metoda kosza na śmieci). Po co tego uczyć? Przecież nauczyciel sam musiałby nauczyć się ich stosować pierwszy. Jest praca grupowa? Jest. Odhaczony trening kompetencji międzyludzkich? Jasne.

Parafrazując przypisywany Einsteinowi cytat, opieranie pracy grupowej na takich samych (czyli żadnych) zasadach i oczekiwanie, że efekt będzie inny, niż zwykle graniczy z szaleństwem. To trochę, drodzy Edukatorzy, tak samo jak z wyżej przytoczonymi adeptami malarstwa. Nikt im nie powiedział, jak malować ani jak podzielić się odpowiedzialnością w grupach, więc nawet po dziesięciu latach edukacji będą produkować bohomazy. Idąc dalej: nawet po stu identycznych pracach grupowych bez podstawowych ich zasad ani przekazania skutecznych metod ich przeprowadzenia kompetencje pracy w grupie magicznie nie wzrosną. W tabelce zostanie kolejne odhaczenie realizacji celu. Ale w mózgach prawdopodobnie nie zostanie nic.

Fikcja współpracy

Zobacz na przebieg swojej edukacji. Czy dostałeś kiedyś chociaż krótki przewodnik, jak dzielić się pracą i podejmować decyzje w zależności od grupy tak, żeby wszyscy byli zadowoleni? A o metodach wspólnego wymyślania świetnych pomysłów? Bo nawet nie odważę się zasugerować stwierdzenia, że świetnie byłoby zaprezentować uczniom takie narzędzia wspomagające kolaborację, jak Google Docs. To fikcja. Sytuacja co do zasady nie zmienia się do końca liceum. Jeśli nie masz szczęścia, to nawet do końca studiów nikt nie nauczy Cię, jak zbudować zespół i doprowadzić w nim metodycznie do końca projekt.

Później ze szkół wychodzą Ci absolwenci, którzy tych kompetencji muszą się uczyć od samego początku. Jak nas nazywają niektórzy: młodzi inwalidzi, indywidualiści na siłę, pozbawieni podstawowych umiejętności współpracy. Naprawdę nie potrzeba wiele, żeby przekazać podstawy umiejętności budowania zespołów i podejmowania decyzji. Dodatkowo te zajęcia mają wszelki potencjał, by być jednymi z ciekawszych (i łatwiejszych dla nauczycieli) w całej obowiązkowej edukacji. Najwyższy czas jednak uciec nie tylko od swoistego lenistwa poznawczego (a więc wreszcie wpisać w Google np. „techniki tworzenia nowych pomysłów w grupie”), ale też wykonawczego. Drogi Edukatorze! Niezależnie, czy będziesz uczył prezesów, czy tylko swoje dziecko, każdy z nich, prędzej czy później, będzie Ci za to wdzięczny.

Ale spokojnie. Jeśli dalej polecenia do prac grupowych będą brzmiały „podzielcie się sami w grupy i zróbcie prezentację”, a nikt nie powie „jak”, zmiany nie będą widoczne na pierwszy rzut oka. Nauczyciele i wykładowcy dalej, jak nigdy nic, będą odhaczać przeprowadzenie treningu kompetencji współpracy. Niektóre szkoły i uczelnie będą nadal „liderami w budowaniu fantastycznych zespołów”.

Tylko zamiast nowych dzieł sztuki będą bohomazy, a zamiast absolwentów gotowych do wejścia na rynek pracy – kompetencyjni inwalidzi.

Foto: Adam Przewoski

  • Jac

    Karolu, rozwiń kiedyś we wpisie temat pracy w grupie. Jestem jedną z ofiar opisanych przez Ciebie metod, wielokrotnie nauczyciele dawali prace grupowe nie tłumacząc jak pracować w grupie, (najczęściej kończyło się wykonaniem roboty przez jedną osobę). Już jakiś czas temu zauważyłem, że mam jeszcze sporo do nauczenia się w tej dziedzinie. Choć umiem i używam Google Docs do pracy w grupie, często łącze to z burzą mózgów, a kiedy trzeba, podejmuje rolę lidera w grupie. Ale to ciągle są jedyne znane mi techniki pracy zespołowej i czasem zawodzą. Co do listu, dam go do przeczytania niektórym nauczycielom. Pzdr.