Co boli najbardziej? Utracone możliwości

Najbardziej bolą utracone możliwości

Ostatnio całkiem długo starałem się wyróżnić te czynniki w moim życiu, które w największym stopniu mnie demotywują, anty-inspirują i generalnie ciągną w dół. Po dłuższym zastanowieniu uznałem, że muszą to być te możliwości, które miałem w zasięgu ręki, a z których musiałem ostatecznie zrezygnować. Prościej: realne i fascynujące utracone możliwości.

Kojarzysz pewnie ten moment, kiedy dokonujesz ostatecznego wyboru z kilku opcji. Zaczynasz w głowie tworzyć scenariusze, co świetnego zdarzyłoby się, gdybyś ostatecznie podjął inną decyzję – jednocześnie podświadomie ignorując cały potok mułu, który musiałbyś przyjąć na klatę. To trochę jak równanie bez rozwiązania, bo jednocześnie tracisz całą radość z decyzji, jaką podjąłeś, i zamykasz sobie drogę do alternatyw. Najgorsze uczucie na świecie, prawda? Też tak myślałem.

Do dzisiaj.

Utracone możliwości? Nie żartuj

Nie wiem, czy wiesz, ale ostatni rok był jednym z najbardziej fascynujących lat w moim życiu. To bezcenne: czuć, że pomimo relatywnie gorszych i lepszych momentów, idziesz dokładnie ścieżką, która jest dla Ciebie dobra. Jednymi z najlepszych momentów związanych z rozwojem w zeszłym roku był program High Potential w mojej pracy. W skrócie: zwiedziłem trochę świata, poznałem mnóstwo inspirujących ludzi z regionu, jadłem najlepszy sorbet z ogórków w moim życiu (tak, istnieje coś takiego) i realizowałem projekt, który może zmienić jeden z aspektów biznesu mojej firmy w całej Europie Środkowo-Wschodniej.

Pamiętam moment, kiedy po ostatecznej prezentacji wyników przed zarządem dowiedziałem się, że nasza grupa wygrała cały program i to nasz projekt został wybrany jako ten, który może najlepiej wpłynąć na tworzenie przyszłości firmy. Bo zobacz: z jednej strony ja, lat nadal 22, umiem wiązać krawat na maksimum dwa węzły (a jeden z nich udaje mi się średnio co trzeci raz), dwa i pół roku doświadczenia w większym biznesie. Z drugiej strony oni – najwięksi wymiatacze z firmy z tej części Europy, nierzadko starsi o dziesięć lat ode mnie. Zaangażowani, kreatywni i tworzący świetną, motywującą falę. I to nam, razem, z moim wymiernym udziałem, udaje się to wygrać.

Jak się czułem? Wyobraź sobie mnie z kieliszkiem szampana patrzącego przez szklane okno z loży na stadionie Manchesteru United na pustą murawę. I ten uśmiech – od ucha do ucha, taki wyłącznie dla siebie – którego nie mogłem powstrzymać. O, dokładnie tak.

Ale jaki to ma związek z utraconymi możliwościami? Przecież akurat tę wykorzystałem maksymalnie, prawda?

Jak już się zaczyna, to na dobre

Kilka dni temu kupiłem bilety do Barcelony na majówkę. Termin dogadany, urlop ustalony, pieniądze ściągnięte z karty, nie mogę się doczekać – czyli wszystko w normie. Przewińmy teraz taśmę o kilka dni.

Pracuję. Środek dnia. Nagle: telefon z nieznanego numeru. Dzwoni koordynatorka wcześniej wspomnianego programu z pracy i mówi, że jeszcze raz gratuluje i byłoby jej niesamowicie miło, gdybym chciał przedstawić efekty naszej pracy na projekcie na konferencji liderów wszystkich krajów z regionu w Bratysławie. Ja (już dość ekstatyczny) mówię, że oczywiście, że tak, tylko jeszcze ostatecznie potwierdzę termin. Odkładam telefon.

Po czym… nagły szok. Konferencja jest dokładnie tego samego dnia, co mój wylot do Barcelony.

Dzwonię do Lufthansy, pytam się, co i jak – czy da się chociaż przestawić wylot (nie), czy dostałbym zwrot pieniędzy, gdybym anulował (tylko podatki i opłatę lotniskową, taka taryfa – przecież byłem pewny), czy mogę odwołać jeden odcinek lotu (tak, ale do biletu w jedną stronę musiałbym dopłacić prawie dwa tysiące). Złapałem się za głowę.

Później już standardowo: mail odmawiający na zaproszenie, w którym przynajmniej trzy razem przepraszam za brak możliwości udziału. Jedna, felerna decyzja odnośnie terminu wylotu na urlop i zły zbieg okoliczności, a właśnie przeszedł mi obok chyba najważniejszy moment w dotychczasowej karierze w firmie.

Powinno mi być całkiem smutno, nie? Zazwyczaj to właśnie jest ten moment, w którym zaczynam się dołować nad utraconymi możliwościami. Rzeczywiście, przez chwilę tak było. A potem, tak samo nagle, jak telefon, który wyrwał mnie z całkiem wygodnej codzienności, myśl.

Nie ma czegoś takiego, jak jedyna szansa w życiu. Ile razy w życiu myślałem, że tracę najlepszą rzecz na świecie, a kiedy ją odpuściłem, znajdowałem dwa razy lepszą? Zbyt wiele. I najważniejsze – czy jeżeli będę miał siłę się rozwijać przynajmniej w tym samym tempie, jak do tej pory, a wiatry będą sprzyjały, to te okazje będą tak naprawdę coraz bardziej fascynujące, a nie mniej?

Powiem szczerze. Jeszcze nigdy nie czułem się tak dobrze z tak złym obrotem spraw. Bo teraz jeszcze bardziej wiem, że to, co mogę robić – noce, które nagle się skracały, te przeklęte energetyki, które jeszcze kiedyś się na mnie zemszczą, kryzysy, chwilowa depresja i stres – to wszystko ma sens.

Bardziej, niż to się wydaje.

Foto: Robin Röcker

  • http://www.niemieckasofa.pl/ Aleksandra z Niemieckiej Sofy

    Też kilka razy plułam sobie w brodę, że omija mnie taka życiowa szansa. A potem okazywało się, że to co mi się przytrafiło było najlepszym rozwiązaniem.

  • Błażej Katarzyński

    :)

  • Hubert Zajma

    Masz rację. Możliwości możliwościami – pojawią się nowe. Ale najbardziej boli poczucie zmarnowanego czasu…